piątek, 29 listopada 2013

Rozdział XI


Wzrok utkwiony w jednym punkcie, oczy nieprzytomnie błądzące po kolejnych punktach krajobrazu. Głowa bezwiednie spoczywająca na oparciu. I to zdziwienie, gdy jej ojciec wykrzyknął, że dojechali na miejsce.
Rozejrzała się wokoło; wszystko wydawało się takie niepozorne. Ale te drzewa widziały zbrodnię pamiętnej nocy. I przemilczą swój ból, tak jak teraz to czynią, przez kolejne stulecia. 
Niepewnym ruchem weszła do domu. Pomimo, że mieszkała tu tyle lat, w tym momencie czuła się jak intruz. Stare deski skrzypiały pod nogami, i choć to ona sama wydawała te przeraźliwe dźwięki, cały czas miała wrażenie, że jest tu ktoś jeszcze.
Weszła do swojego pokoju. Był pusty. Stały tam tylko nagie meble. Nic więcej. Czuła się nieswojo grzebiąc po szufladach, ale musiała znaleźć pamiętnik. W końcu po niego tu przyjechała. Brakowało jej dotyku jego skórzanej oprawki i zapachu kartek. Wielki dyskomfort sprawiała jej myśl, że wszystkie jej najskrytsze tajemnice są daleko od niej i każdy może je przeczytać. Do szczęścia potrzebny jej był tylko ten malutki, niepozorny notatniczek.
Gdy wreszcie znalazła go pośród starych książek i zeszytów, odetchnęła z ulgą. Szybko przewertowała kartki pamiętnika. Coś jednak było nie tak. Ponownie, tym razem dokładniej, przejrzała zapiski. Oczywiście! Brakowało kilku stron! Rozejrzała się po pokoju. Z ulgą stwierdziła, że nic oprócz tego nie zniknęło. Ale co było na tych brakujących stronach? Nie mogła sobie przypomnieć.

                                                     ***
Wieczorem postanowiła ruszyć się gdzieś z domu. W końcu była sobota, a od tamtego feralnego wydarzenia minął tydzień. Nie można żyć wspomnieniami, wciąż powtarzała sobie. Poszła, nie dzwoniąc tym razem, po swoją niezawodną koleżankę i razem poszły na dyskotekę.
Gdy Rebbeca weszła na salę, zaczęło jej się kręcić w głowie. Wszędzie unosił się biały dym, który miał robić „imprezowy efekt”, a ją jedynie przyprawiał o zawroty głowy. Lasery latały jak szalone z kąta w kąt, co jakiś czas oświetlając obściskującą się na środku parkietu parę. Mimowolnie przewróciła oczami, ponieważ uważała, że takie manifestowanie miłości wśród tłumu jest raczej żałosne niż romantyczne, po czym sama rzuciła się do tańca.
Chciała zapomnieć o wszystkim złym, wyzbyć się poczucia winy czy uczucia samotności. Tej nocy chciała być niezależna, wolna, nieograniczona. I była w szampańskim nastroju, do czasu, gdy przy drzwiach zobaczyła Nicka. Nogi się pod nią ugięły, zrobiło się jej jeszcze duszniej niż było do tej pory i miała wrażenie, że zaraz zemdleje. Opanowując emocje wyszła tylnym wyjściem, łapczywie wciągając powietrza w płuca.
-Dlaczego musiałam się na niego natknąć właśnie dzisiaj, kiedy chciałam o nim zapomnieć?- mówiła do siebie, opierając się o ścianę budynku. Usiadła na schodach i wspierając głowę rękoma rozmyślała o swojej niedoli. W międzyczasie przeleciał samolot, przyjechały kolejne samochody, a jakaś para, chyba ta z parkietu, wyszła by móc się wreszcie nacieszyć sobą bez aprobaty rozentuzjazmowanego tłumu.
-Nic tu po mnie – powiedziała. Wchodząc na salę, znów założyła swój najładniejszy uśmiech, który krył smutek niczym farba do włosów. Jak to z farbą bywa – kryje, ale odrosty widać. Nie każdy je zauważa, ale Alisson, mistrzyni spostrzegawczości, od razu poczuła, że coś jest nie tak.
-Zdradziły cię oczy, Słońce. Mów co się dzieje? - to powiedziawszy położyła ręce na ramionach Rebbecy i lekko się uśmiechnęła.
-Nic, nic. Gorszy dzień, niskie ciśnienie…- nie zdążyła dokończyć, bo Alisson już musiała wtrącić :
-Chłopak, czy tak? Gadaj który, jak cię skrzywdził, to będzie miał ze mną do czynienia!
Rebbeca nic nie odpowiedziała. Popatrzyła tylko na nią smutnym wzrokiem i łzy same popłynęły jej z oczu.
                                                         ***
Alisson, postanowiła, że mimo wszystko zostaną. Musiała trochę przymusić do tego Rebbecę, ale ta druga, w końcowym efekcie, chyba tego nie żałowała. - Nie wiem co ona w sobie ma, ale ją za to podziwiam - szepnęła sobie w duchu Rebbeca, widząc szalejącą Alisson, która przyciągała widok kilkudziesięciu chłopaków, gnąc się do jednej z klubowych piosenek. Rebbecy dodatkowo poprawił się humor, gdy jeden z dyskotekowych adoratorów zaproponował jej coś do picia. Wyglądem nie przypadł jej do gustu, ale przyjemnie im się rozmawiało. Zapowiadała się taka piękna znajomość…
Gdy Rebbeca była zajęta dokańczaniem napoju, by zatańczyć z nowopoznanym kolegą ostatnią piosenkę, w tym momencie do baru podszedł Nick. Przez całą imprezę go unikała, więc pomyślała, że i tym razem jej się uda. Spuściła głowę, udając, że rozwiązała jej się sznurówka ukochanych conversów. Zanim zdążyła podnieść głowę, stał koło niej wysoki brunet, szczerzący w tym momencie swoje śnieżno-białe zęby.
-Cześć Rebbeca! Zeszła plama? – zapytał, rzucając przy tym czarujący uśmiech. Ona, niewzruszona, popatrzyła na niego spod nosa, odpowiadając w odpychający sposób.
- Nie ma po niej śladu. – już chciała dodać niestosowny komentarz w stylu „tak jak ciebie nie powinno tu być”, ale zdołała się powstrzymać. On jednak zdał się nie zauważyć nienaturalnego tonu jej wypowiedzi, więc całkiem serio ciągnął dalej.
- Głupio mi było, że zostawiłem cię samą z plamą na sukience, więc pomyślałem, że może dałabyś się zaprosić na jakieś ciastko czy coś, w ramach rekompensaty? – niestety zanim dokończył ostatnie słowo, ona, zerwawszy się na równe nogi, patrząc mu prosto w oczy, tryumfalnie i z satysfakcją, kategorycznie mu odmówiła. On spojrzał na nią z widocznym zawodem, i odwracając się w ciszy, po prostu od niej odszedł.
Ona stała tam w dalszym ciągu i dopiero po kilku sekundach dotarło do niej, co właśnie zrobiła. Pogrążyła się w rozpaczy, i nawet próbujący ją uspokoić chłopak od drinka nic nie dał. Sfrustrowana wybiegła z klubu i chcąc jak najszybciej uwolnić się od poczucia winy, opuściła to feralne miejsce.
Żadnego znaczenia nie miało dla niej, że zostawiła przyjaciółkę samą, pośród rządnych Bóg wie czego facetów, którzy, gdy ostatni raz ją widziała, otaczali ją z każdej strony. Miała gdzieś, czy się obrazi, czy przestanie się do niej odzywać. Teraz liczył się tylko on. Znowu.
Wyciągnęła, z zamykanej na klucz skrzyni, pamiętnik i rozwścieczona zaczęła pisać.

                                                                                                                         
                                                                                                                       Sobota
Zauważyłam, że mam taką nietypową prawidłowość – jak droga jest wprost proporcjonalna do kwadratu czasu w ruchu jednostajnie przyspieszonym, tak ja, wszystko na czym mi zależy, nieustannie pier… po prostu – pieprzę.
Ale dzisiaj przeszłam samą siebie. Odmówiłam chłopakowi, o którym myślę dzień w dzień. Nie śpię przez niego po nocach, a dzisiaj, jak jakaś beznadziejna sadystka, która zdając sobie sprawę, co ktoś będzie przeżywał, mówi bolesne słowa, by tylko zadać ból, powiedziałam mu „nie”, choć tak naprawdę było to ostatnią rzeczą, którą chciałam by ode mnie usłyszał. Mogłam za nim pobiec, przeprosić go, powiedzieć „tak”. Ale zanim zdążyłam się zorientować, co właśnie zrobiłam, jego już nie było. Zniknął gdzieś i już go więcej nie zobaczyłam. Zostawił mnie sam na sam z moim sumieniem i poczuciem winy, bo jeszcze tak błyszczących oczu nie widziałam u żadnego chłopaka.
Co ja najlepszego narobiłam ?! Czuję się jak bezwartościowy śmieć.



Rozdział X cz. 2


Następnego dnia bardzo bolała ją głowa. To pewnie kac, pomyślała, uśmiechając się do siebie. Założyła dresy, luźną bluzkę, przykryła się kocem i prawie do wieczora siedziała przed telewizorem, bezmyślnie oglądając głupie seriale. Tego dnia była kompletnie rozbita. Miała wrażenie, że wczorajszy dzień był jedynie snem. Już chciała zadzwonić do Alisson, lecz zobaczywszy na wieszaku swoją białą sukienkę ubrudzoną czerwoną plamą, zdała sobie sprawę, że to naprawdę miało miejsce wczorajszej nocy.
  
                                          Drogi pamiętniku!
Dlaczego życie jest takie dziwne? Wszędzie już chyba szukałam miłości, a gdy wreszcie wydawało mi się, że ją znalazłam, znów coś się pieprzy. Jak w jakimś błędnym kole. Tylu chłopaków ubiegało się o moje względy, a teraz, gdy spotkałam swój ideał, ja nie jestem jego wymarzoną. Jaki to ma sens? Czy można znaleźć tą idealną „drugą połówkę”? I czy w ogóle coś takiego istnieje? Może po prostu jakiś „natchniony poeta” napocił coś w jednym ze swoich „dzieł”, a teraz my bezmyślnie powtarzamy za nim twierdzenie, że dopiero, gdy odnajdziemy swoją „drugą połówkę” będziemy w pełni szczęśliwi. Przecież jesteśmy samowystarczalni, nie żyjemy w jakiejś symbiozie z innymi ludźmi. Można żyć w samotności. I ja będę tego najlepszym przykładem.

Na jej twarzy pojawił się tryumfalny uśmiech. –Wreszcie napisałam to, co chciałam napisać. Słowo w słowo.
Jeszcze raz spojrzała na kartkę. Na luźną, wolną kartkę, która nie była ograniczona przynależnością do jakiejś części zeszytu. Ale dlaczego pisała na kartce, a nie w pamiętniku?
- Musiałam go zostawić w poprzednim domu – pomyślała Rebbeca. – Na szczęście jedziemy tam w przeszły weekend, więc myślę, że uda mi się odzyskać mój notatnik.