poniedziałek, 23 grudnia 2013

Rozdział XIII


Do Świąt nie spotkała się z Nickiem. W szkole byli zbyt zabiegani, a gdy Rebbeca przypomniała sobie o przyjacielu, on wyjechał do Hiszpanii. Zasmuciło ją, że nie zdążyła się z nim pożegnać, jednak teraz nie mogła już nic na to poradzić.
W sobotę obudziła się dość wcześnie. Wstała, orzeźwiła twarz zimną wodą, spięła włosy w niechlujnego koka, założyła przyduże dresy i luźną bluzkę, po czym stanęła wyprostowana i gotowa do pracy.
Jej zapał ostygł, gdy ponownie ogarnęła wzrokiem swój pokój. Stajnia Augiasza to przy tym nic, mruknęła pod nosem. Dopiero teraz, gdy rozpoczęła się przerwa świąteczna, zauważyła w jak bardzo opłakanym stanie znajduje się jej pokój. No to co, czas zabrać się do pracy! – podwinęła rękawy i zaczęła działać. Najpierw wyrzuciła wszystkie rzeczy z biurka, starannie je sortując, potem pozbyła się połowy zalegających w szafie ciuchów. Największy problem sprawiło jej jednak…ubieranie choinki! Jej artyzm nigdy nie należał do wybitnych, ale wyczyn tych Świąt przeszedł jej najśmielsze oczekiwania.
Na początek ściągnęła sztuczne drzewko ze strychu. Odbyło się to w ten sposób, że schodząc po metalowej, ruszającej się drabince, potknęła się o jeden ze stopni i wypuszczając choinkę z rąk, z wielkim hukiem spadła na ziemię. Zirytowana, podniosła się z kamiennej posadzki, po czym, stwierdzając, że nic się jej nie stało, poszła ze zdobyczą do swojego pokoju. Zakurzone gałązki przetarła wysłużoną szmatką, po czym owinęła każdą z nich światełkami. Następnie przybrała drzewko długim łańcuchem, a potem, gdy chciała powiesić, jak na prawdziwą choinkę przystało, bańki, całe pudełko po prostu wypadło jej z rąk. Z nadzieją i strachem otworzyła kartonik, jednak już po chwili mina jej zrzedła, gdy zobaczyła, że wszystkie zawieszki się stłukły. Muszę coś wymyślić, główkowała. Usiadła skulona na krześle, obejmując rękami kolana. Uparcie walczyła ze łzami, gdy nagle doznała olśnienia. Pierniczki!
Ocierając oczy szybko zbiegła na dół, do kuchni i zabrała się do pieczenia. Mąka, jajko, przyprawa do pierniczków, miód, soda, wszystko jest! – wykrzyknęła rozradowana. Nie czekając ani chwili, wyciągnęła ze spiżarki stolnicę, wysypała na nią mąkę, kolejno dodając wszystkie składniki po czym zaczęła formować z tej kupy ciasto. Włożyła w to masę energii, ale wreszcie, po prawie dwudziestu minutach ugniatania, osiągnęła swój cel. Pozostawiła ciasto w lodówce, po czym zabrała się do końcowej fazy sprzątania – odkurzania. Szło jej to równie opornie jak ubieranie choinki, ponieważ włosy, które usilnie starała się wciągnąć odkurzaczem, w dalszym ciągu zostawały na szczoteczce, zlepiając się w kłębki, co wcale nie ułatwiało jej zadania, jednak i z tym sobie wkrótce poradziła. Zadowolona z efektów pracy wróciła do kuchni. Wyciągnąwszy z lodówki gotowe do pieczenia ciasto, ponownie umieściła je na stolnicy, tym razem podsypując od czasu do czasu mąką, by owe się nie przyklejało. Rozwałkowała je, a następnie przeszła do ulubionej czynności – wycinania wzroków. Naciskając foremką w kształcie gwiazdki na ciasto, znów przypomniała sobie chwile spędzone z mamą. Tym razem piekły razem właśnie pierniczki, a kobieta chwaliła małą Rebbecę za dobrze wykonane zadanie. Na to wspomnienie mimowolnie się uśmiechnęła, a jej oczy zaświeciły się od łez jak świeczki. Otrząsnąwszy się, wzięła głęboki oddech i wróciła do przerwanej czynności. Szło jej to jakość sprawniej i szybciej, zapewne pokrzepiona myślą, że wkrótce zobaczy się z mamą.
Surowe pierniczki ułożyła równo w brytfance, a następnie włożyła je do piekarnika. Posprzątała po sobie w kuchni i z niecierpliwością czekała na efekty wielogodzinnej pracy.
Rumiane i gorące wyciągnęła z piekarnika, po czym, gdy tylko przestygły, nawlekła je na sznureczki i podekscytowana wyniosła na górę. Powiesiła wszystkie pierniczki na choince i oddaliła się nieco, by ocenić ogólny wygląd drzewka. Gdy to uczyniła, z jej piersi wydobył się krótki okrzyk zachwytu, a w głowie pojawiła się myśl – „może nie jesteś taka beznadziejna, Rebbeca?”.

                                                              ***
Po przystrojeniu drzewka zrobiła sobie krótką przerwę, żeby coś zjeść. Jej tata, jak zwykle, pracował, więc musiała sobie radzić sama. Obiad był skromny, ale wystarczająco obfity dla dziewczyny.
Skończywszy posiłek, z powrotem wyszła na górę. Ponieważ się ściemniło, włączyła lampkę nocną i otworzywszy szafkę, zaczęła się pakować. Duża, materiałowa walizka na kółkach, nieużywana od czasu przeprowadzki, znów zaczęła się napełniać po brzegi. Choć jechali na zaledwie kilka dni, Rebbeca nie mogła się obejść bez tak koniecznych rzeczy jak suszarka, czy lokówka. Spakowała kilka ciepłych swetrów, grube rajstopy, a także swoje ulubione, ocieplane kapcie. Na sam wierzch upchnęła swojego laptopa, po czym zasunąwszy walizkę, opadła zmęczona na łóżko.

                                                               ***
6:30 zadzwonił budzik. 22 grudnia, niedziela, 2 dni do świąt. Rebbeca, niezwykle ospała, zwlokła się z łóżka w żółwim tempie. Pierwszą rzeczą, na którą zupełnie przytomnie spojrzała tego ranka, była ubierana dzień wcześniej przez nią choinka. Wywołało to na jej twarzy uśmiech i w znacznie lepszym humorze powędrowała do łazienki. Była zdeterminowana, by doprowadzić się do użytku, jednak świadomość, że im szybciej to zrobi, tym prędzej wyjedzie z domu spowalniała jej ruchy.
Trzeźwa, świeża i gotowa na wszystko, zeszła na dół, znosząc przy okazji walizkę. Na stole w kuchni, ku jej rozczarowaniu, czekała jedynie karteczka - „przepraszam, ale muszę załatwić jeszcze kilka ważnych spraw”. Jak zwykle, pomyślała i zabrała się za przygotowywanie śniadania. Tego dnia nie była szczególnie głodna, więc na siłę wepchała w siebie dwie grzanki z serem, całość popiła gorącą herbatą z cytryną i w neutralnym humorze powędrowała przed telewizor. Tam, oczywiście, czekały na nią reklamy, począwszy od świątecznych spotów reklamowych sklepów z elektroniką, skończywszy na promocji coca coli. Spędziła tak prawie piętnaście minut (a reklamy wciąż trwały!), gdy  nagle drzwi gwałtownie się otworzyły. Dziewczyna bardzo się wystraszyła, w reakcji aż podskoczyła w fotelu, jednak gdy we framudze ujrzała tatę, z całą masą zakupów, nie miała serca się na niego gniewać. Szybko do niego podbiegła, ujmując mu trochę ciężaru, na co on, w geście podziękowania, uśmiechnął się i puścił oko. Już chciała rozpakować zakupy, lecz ojciec powstrzymał ją w ostatniej chwili.
-To są prezenty pod choinkę -uściślił.
Rebbeca włóczyła się po domu od prawie dwóch godzin, nie wiedząc, co z sobą zrobić. Cały czas czekała na tatę, który bez przerwy donosił coś do samochodu, zapewniając, że jest to niezbędne. Dziewczyna była zniecierpliwiona. Z jednej strony panicznie bała się wrócić do domu, a z drugiej tak bardzo tęskniła za rodziną, że żadne uprzedzenia nie miały dla niej znaczenia.
-Jedziemy – zakomendował wreszcie ojciec. Posłusznie wsiadła do samochodu, zajmując miejsce pasażera. Słuchawki na uszach, a w nich ulubiona muzyka dodają koloru szarości dnia codziennego, zauważyła. Przez większość czasu pochłonięta była obserwowaniem życia codziennego ludzi przygotowujących się do świąt. Od czasu do czasu zerkała jednak na tatę, który pochłonięty rytmami piosenek swojej młodości oraz skupiony na drodze, nie zwracał na nią najmniejszej uwagi. Oparta głową o szybę, ukołysana Sonatą Książycową Beethoven’a w pewnym momencie odpłynęła.

                                                      ***
Obudziła się dopiero, gdy byli na miejscu. Nie miała pojęcia, jakim cudem przespała prawie dwie godziny, nie budząc się przy tym ani raz, ale cieszył ją taki obrót sprawy. Otworzyła drzwi samochodu, nieco niezdarnym ruchem wyszła na zewnątrz i stanąwszy na gruncie obydwiema nogami rozejrzała się dookoła. Ciotka mieszkała w przyjemnej okolicy, gdzie słońce nigdy nie miało trudności dostępu, ze względu na niemalże zerową ilość drzew. Dom był przybrany z gustem i smakiem, czym sama właścicielka mogła się poszczycić.
Drzwi otworzył im jeden z kuzynów Rebbecy, Jayden. Był to niewysoki chłopiec w okrągłych okularach. W rodzinie był znany głównie z wysokich wyników w nauce, jednak Rebbeca nie darzyła go sympatią. Wydawał jej się sztuczny i nienaturalny. Jego rude włosy, zawsze idealnie przylizane, w drażniący sposób kontrastowały z jego zielonymi oczami. –Wujku, Rebbeco, jak miło was widzieć – przywitał ich z przesadzoną grzecznością. Następnie, gdy w przedpokoju zostawili płaszcze i ściągnęli ubrudzone buty, zaprowadził ich do serca domu, w którym gospodyni właśnie pichciła przysmaki dla całej rodziny.
Ciotka Rebbecy była wysoką, ale tęższą kobietą z „dwoma podbródkami”. Miała kasztanowe włosy, nienagannie upięte w koka. Nawet w kuchni miała na sobie elegancką turkusową bluzkę oraz szarą spódnicę w kratkę. Do bluzki przypięta była świąteczna brożka, a ciotka chlubiła się ich pokaźną kolekcją. Gdy tylko ich ujrzała, natychmiast porzuciła wykonywaną dotąd czynność i rzuciła się, by przywitać gości. W pierwszej kolejności uściskała szwagra, który nieco skrępowany poklepał bezobciachową kobietę po plecach i wybełkotał, że miło znów ją widzieć. Na widok Rebbecy o mało się nie rozpłakała. Tuląc ją do siebie mówiła raz po raz, że czas szybko leci i nie może uwierzyć że jest już taką pannicą. Po pięciominutowym uścisku usta dziewczyny wypełniał gorzkawy aromat perfumów, których ciotunia używała bez pamięci. Uwolniwszy się z jej ramion, zapytała nieśmiało, czy ma może jakieś wieści od mamy. Krewna przecząco pokiwała głową, obserwując jednocześnie zasmucenie Rebbecy wywołane jej odpowiedzią.
-No cóż, może pomogę ci w kuchni? – zaoferowała. – Jeszcze całkiem nie wyszłam z wprawy.
- Z chęcią przyjmę twoją propozycję. Na moje dzieci – tu wskazała na bawiące się w salonie bliźniaczki Abigail i Olivię – niestety nie mogę liczyć. Mam nadzieję, że jak podrosną będą bardziej rozgarnięte. Puki co, trudność sprawia im pościelenie łóżka.
- Nie przejmuj się, mają jeszcze czas. Jak na sześciolatki naprawdę nie jest tak źle – tu przerwała, ponieważ w salonie rozległ się okropny huk. Obydwie z ciotką pędem pobiegły do miejsca zabawy dziewczynek. Na podłodze leżał stłuczony porcelanowy czajniczek. Co najdziwniejsze, bo siostrach nie było śladu. Ciotka, widząc co się stało, starała się opanować za wszelką cenę. Całkiem jej się to udało; spokojnie zawołała dziewczynki, które posłusznie przyszły do pokoju, cały czas mając spuszczoną głowę.
-Abigail, czy to ty? – zapytała pierwszą z bliźniaczek. Mała powoli podniosła wzrok z dywanu. Niepewnie spojrzała na mamę, której twarz nie wyrażała żadnych uczuć.
-Mamusiu, bo… to wszystko wina Olivii! – wykrzyknęła, całą winę zwalając na bliźniaczkę.
-Nieprawda!- obruszyła się druga z sióstr, podając całkowicie odwrotną wersję zdarzeń.
-Dość tego! – przekrzyczała je spokojna zawsze ciotka, której nerwy najwyraźniej puściły. –Nie gniewam się, że stłukłyście czajniczek, chociaż był on wykonany specjalnie dla mnie. Jestem na was zła, że mnie okłamujecie i nie chcecie się przyznać do winy. Idźcie do siebie do pokoju i przemyślcie swoje zachowanie – wydała polecenie. Dziewczynki zareagowały na zachowanie mamy wybuchem płaczu. Zrozpaczone zaczęły ją przepraszać, mówiąc, że to jednak jej wina, a nie siostry, ale ciotka z kamienną twarzą wróciła do kuchni i nie słuchała tłumaczeń. Zabrała się z powrotem do gotowania, a bliźniaczki, widząc, że nic nie wskórają, zrezygnowane udały się do swojego pokoju.
-Mam z nimi siedem światów – wyznała ciotka, kręcąc głową na samą myśl o wyczynach dzieci. –Bez przerwy coś psują, niszczą. Oczywiście, że im wybaczam, bo co mam zrobić, kocham je. Ale czasem już mi brakuje sił do tego wszystkiego.
Rebbeca siedziała zamyślona, wsłuchując się w słowa ciotki. Gdy mówiła o wybaczaniu, coś jakby się w niej poruszyło. –Ciociu muszę coś załatwić, wrócę przed zmierzchem –zapewniła zdziwioną kobietę.
Pośpiesznie zarzucając płaszcz, wybiegła z domu. Długo szła ulicą, podziwiając uroki obrzeży miasteczka tuż przed Świętami Bożego Narodzenia. Po godzinnym marszu trafiła pod właściwy adres. Delikatnie zapukała, a że nikt nie odpowiadał, spróbowała ponownie, tym razem nieco mocniej. Otworzył jej wysoki mężczyzna z czarnymi włosami o przyjemnych rysach twarzy. – Czy mogę ci w czymś pomóc?- spytał uprzejmie. –Przyszłam do Justina – mężczyzna zmierzył ją wzrokiem od stóp do głów, po czym zaprosił do środka. –Idź na górę, jest w swoim pokoju. To pierwsze drzwi po prawej – oznajmił. Wychodząc po drewnianych schodach cała trzęsła się z mieszaniny zimna i nerwów. Stanąwszy przed drzwiami już chciała się wycofać, lecz one same się przed nią otworzyły. Zobaczyła Justina, który zdawał się niedowierzać, że widzi właśnie ją. Wstał ze skórzanej kanapy, podszedł do niej i nic nie mówiąc przytulił ją do siebie. Po chwili usłyszała ciche „przepraszam” i przez dziesięć minut zupełnie milczeli, trwając w czułym uścisku.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz