piątek, 23 sierpnia 2013

Rozdział VII


Minęły wakacje, i nadszedł czas, by wracać do szkoły. Rebbeca nie mogła pogodzić się z tą myślą. Powrót do szkoły oznaczał kompletny brak czasu dla siebie. Zamartwianie się o oceny, niespokojne noce, to wszystko znów stało się rzeczywistością. O ile w ubiegłych latach doskonale dawała sobie radę w szkole, w tym roku miała dziwne przeczucie, że obowiązków jest znacznie więcej i nie podoła. To wszystko i kilka innych problemów sprawiło, że Rebbeca zaczęła wpadać w depresję. Tradycyjną jesienną depresję.
Jednym z „problemów”, które ją dręczyły, był fakt, że jej największy wróg przepisał się do jej klasy. Jak ona wytrzyma w jednej klasie z Camille, myślała. Chyba przy najbliższej okazji rozszarpie ją na strzępy.
O Tomie natomiast nie słyszała nic. Od tamtej nocy, czyli od prawie dwóch tygodni, nie dawał jej najmniejszych znaków życia. Lecz choć kiedyś go kochała, nie przeszkadzało jej, że go nie widuje. Odkąd się rozstali, wreszcie zaznała spokoju. Zaczęła dostrzegać, jak bardzo bycie w związku ją ograniczało. Cieszyła się, że Tom zniknął z jej życia.

Weszła do klasy i zajęła miejsce w ławce. Wysłuchała akademii przez radiowęzeł, od czasu do czasu spoglądając na nowego chłopaka, który najwidoczniej był zadręczany zalotami Camille. Nie zwracał za bardzo na nie uwagi, a jeśli już, to po to, by z nich zażartować. Po kolejnej próbie podrywu, uśmiechnął się do Rebbecy, wyciągając do niej ręce z prośbą, by mu pomogła się od niej uwolnić. Ona jednak nie chciała się w to mieszać. Miała wystarczająco dużo problemów przez Camille.

Po rozdaniu planów lekcji rozeszli się do domów. Tylko Rebbeca siedziała jeszcze chwilę przed szkołą, wpatrując się w nowy rozkład zajęć. Była nim tak pochłonięta, że nie zauważyła nadchodzącego chłopaka.
- Dzięki, że mi pomogłaś z Camille – rzucił z ironią, śmiejąc się do niej przyjaźnie.
- Oh, przepraszam. Nie chciałam jeszcze bardziej pogarszać z nią swoich relacji. Wystarczy, że jak ją widzę, to naciąga mnie na wymioty.
- Heh, nie przesadzasz czasem? Na pewno nie może być aż taka zła… – widząc jej minę zmieszał się nieco, po czym zmienił temat. – Tak w ogóle jestem Justin, a ty?
- Rebbeca. Ale znajomi mówią mi Becky. Jesteś nowy, prawda?
- Tak. Przeprowadziłem się tutaj niedawno i nikogo nie znam. Trochę trudno jest się przyzwyczaić. Hmm… a może zechciałabyś mnie kiedyś oprowadzić po mieście? Pewnie znasz jakieś fajne kluby, czy coś w tym stylu? Chętnie bym gdzieś wyszedł.
- Pewnie – zawahała się trochę, lecz potem, nabrawszy pewności dokończyła - z przyjemnością.

                               
                                                      Drogi pamiętniku!

Do naszej szkoły przyszedł nowy chłopak. Jest niesamowicie przystojny, ale… przypomina mi kogoś. Te duże brązowe oczy, ciemne włosy opadające na czoło, sposób mówienia… przypomina mi Toma.
Może jestem przewrażliwiona na jego punkcie i wszystko mi się z nim kojarzy, choć inni nie widzą podobieństwa… Muszę się wyluzować. Justin jest bardzo fajnym chłopakiem i szkoda by było, gdybym przez taką głupotę i poprzednią nieszczęśliwą miłość, zmarnowała okazję na rozwinięcie znajomości. Jeśli dostosuję się do tych, narzuconych przez siebie samą zasad, może coś z tego w przyszłości być…

                                                                 ***

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz