piątek, 30 sierpnia 2013

Rozdział VIII


Cały tydzień Rebbeca spędzała na nauce. Miała masę testów, kartkówek i prac domowych, dlatego nie było mowy o żadnym wyjściu z domu. Gdy wreszcie nadszedł upragniony weekend, pierwsze co zrobiła, to zadzwoniła do Justina. Bardzo się ucieszył słysząc jej głos, a dowiedziawszy się, że chce się spotkać, przytaknął nim zdążyła dokończyć zdanie.
Umówili się na godzinę siedemnastą pod pobliskim parkiem. Byli ubrani na sportowo. Mieli biegać.
Rebbeca wyprzedziła go o jakieś pięć metrów, a on powłóczył za nią nogami, nie ustępując, i starając się nie dać znać po sobie zmęczenia. Po upływie prawie pół godziny zatrzymała się, by zrobić sobie przerwę. Wzięła duży łyk wody, którą niosła przez cały czas w ręce, i już chciała ruszyć dalej, gdy w ostatniej chwili zatrzymał ją Justin.
- Może byśmy tak trochę zwolnili, co? Aż wstyd się przyznać, ale nie nadążam. Mam zdecydowanie słabszą kondycję od ciebie – powiedział, udając zawstydzenie. Spojrzał na nią. Na jej spiętych w kucyka włosach pojawiły się kropelki potu. Miała zaróżowione policzki, a na twarzy pojawił się uśmiech. Chciał zapamiętać ten moment na zawsze.
Usiedli na ławeczce przy ścieżce, którą biegli. Przed nimi płynęła rzeka, a po jej drugiej stronie znajdowało się miasto, które w tamtej chwili okazale się prezentowało.
Rebbeca rozejrzała się po okolicy. Był maj. Wszystko już rozkwitło, ptaki radośnie ćwierkały, słońce przyjemnie przygrzewało. Każdy przechodzień wydawał się radosny. Nie mogła się nacieszyć tym widokiem. Wtedy przypomniała jej się zima; było szaro, ponuro, jak zwykle. Śnieg leżał roztopiony w postaci paćki na drodze, zdając się być świadomym bezsensowności swojego istnienia. Ogołocone z liści drzew i zuchwałe świerki górujące nad nią, które od czasu do czasu strzepywały z siebie śnieżny puch. Sąsiedzi zmuszeni odśnieżać kostki i podjazdy. Szał w sklepach przed mikołajkami, podczas gdy ona szła zamyślona drogą, ledwo zatrzymując się na przejściu dla pieszych. I wreszcie samotnie spędzone święta. Mama, która wyjechała z kraju i tata, zmuszony pracować poza domem nawet w wigilię. To wszystko stało się nagle takie rzeczywiste…
Otrząsnęła się nagle z tych myśli, gdy Justin położył rękę na jej ramieniu.
–Wszystko w porządku?- zapytał. Miała dziwną twarz, zupełnie niepodobną do tej sprzed kilku minut. Była zamyślona i nieobecna. Udzielając odpowiedzi na pytanie nadal błądziła myślami po ulicach miasteczka w Boże Narodzenie.
- Tak… po prostu podziwiam piękno przyrody. Przebywając tu czuję się, jakby wszystkie moje problemy były tylko złym snem.
- Zdaje się, że wiem, o czym mówisz. Dziękuję, że mnie tu zabrałaś – powiedział, starając się zdobyć na uśmiech.
On też rozmyślał. Przyjeżdżając tu rok temu nie miał pojęcia, jak wiele przez ten czas zmieni się w jego życiu. Nowa szkoła, nowi znajomi… na to wszystko był przygotowany. Ale nigdy nie sądził, że spotka taką dziewczynę jak Rebbeca. Była idealna. Dziewczyna z jego snów. Gdy tylko zobaczył ją po raz pierwszy, od razu się w niej zakochał. Niejednokrotnie przyłapał się na zbyt długich spojrzeniach w jej stronę, na niekontrolowanych uśmiechach, gdy zabawnie ułożyły jej się włosy, na konieczności przebywania w jej towarzystwie. Uzależnił się od niej jak od narkotyków.
Choć miała kilka drażniących wad, on nie zwracał na nie uwagi. Jeśli doszło pomiędzy nimi do jakiegoś drobnego nieporozumienia, bo tylko takie miały miejsce, zawsze, bez względu na to, kto miał rację, przepraszał ją, starając się zrobić wszystko, by jej nie urazić. Traktował ją jak księżniczkę, jak bóstwo. Nie chciał jej bezpośrednio mówić, co do niej czuje. Miał nadzieję, że w końcu się domyśli, że powie mu błogosławione „tak”, lub przeklęte „nie”. To wyczekiwanie go zabijało. Chciał w końcu się do niej mocno przytulić, nie musieć już dłużej niczego kryć, lub, w najgorszym przypadku, po prostu odejść. Ale ona była nieugięta, nie dawała nic po sobie poznać. Lub udawała. Nie wiedział. „Co robić? Wyznać jej w końcu miłość?”, wzdychał, gdy wolnym krokiem przeszło koło nich małżeństwo w podeszłym wieku. Siedziała zamyślona w bezruchu patrząc przed siebie. „Muszę jakoś zagadać, może gdy udam zatroskanego, dostrzeże we mnie kogoś więcej niż przyjaciela ?”, rozważał z nadzieją w sercu.
Teraz, gdy urwała rozmowę ponownie tonąc w morzu rozmyślań, coś rozszarpywało go od środka. Jakby na świecie kończył się zapas tlenu, a ona była ostatnią butlą tlenową. Patrzenie na nią zaczęło mu sprawiać ból. Nie był w stanie go wytrzymać. Tak bardzo jej pragnął... Mógł teraz, nie zważając na nic, powiedzieć jej wreszcie, co dusił w sobie od momentu, gdy ją poznał. Jak wiele się nacierpiał, wysłuchując jej feministycznych poglądów. Lecz zamiast tego, on po prostu wstał, powiedział od niechcenia, że źle się czuje i poszedł do domu. Do końca nie wiedział, czy go usłyszała, ponieważ w dalszym ciągu sprawiała wrażenie zamyślonej, ale wolał taki obrót sprawy, niż gdyby musiał zwrócić na siebie jej uwagę i wytrzymać na sobie po raz kolejny jej anielskie spojrzenie.
Rebbeca siedziała tam cały czas. Gdy wreszcie się ocknęła, Justina już nie było. Nie wiedziała, co się stało, miała wrażenie, że właśnie wybudziła się z jakiegoś okropnie nudnego snu. Ponownie rozejrzała się dookoła – wszystko było takie samo, jedynie słońce chyliło się leniwie ku zachodowi. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz