Cały
tydzień Rebbeca spędzała na nauce. Miała masę testów, kartkówek i prac
domowych, dlatego nie było mowy o żadnym wyjściu z domu. Gdy wreszcie nadszedł
upragniony weekend, pierwsze co zrobiła, to zadzwoniła do Justina. Bardzo się
ucieszył słysząc jej głos, a dowiedziawszy się, że chce się spotkać, przytaknął
nim zdążyła dokończyć zdanie.
Umówili
się na godzinę siedemnastą pod pobliskim parkiem. Byli ubrani na sportowo.
Mieli biegać.
Rebbeca
wyprzedziła go o jakieś pięć metrów, a on powłóczył za nią nogami, nie
ustępując, i starając się nie dać znać po sobie zmęczenia. Po upływie prawie
pół godziny zatrzymała się, by zrobić sobie przerwę. Wzięła duży łyk wody,
którą niosła przez cały czas w ręce, i już chciała ruszyć dalej, gdy w
ostatniej chwili zatrzymał ją Justin.
-
Może byśmy tak trochę zwolnili, co? Aż wstyd się przyznać, ale nie nadążam. Mam
zdecydowanie słabszą kondycję od ciebie – powiedział, udając zawstydzenie. Spojrzał
na nią. Na jej spiętych w kucyka włosach pojawiły się kropelki potu. Miała
zaróżowione policzki, a na twarzy pojawił się uśmiech. Chciał zapamiętać ten
moment na zawsze.
Usiedli
na ławeczce przy ścieżce, którą biegli. Przed nimi płynęła rzeka, a po jej
drugiej stronie znajdowało się miasto, które w tamtej chwili okazale się
prezentowało.
Rebbeca rozejrzała się po okolicy. Był maj. Wszystko już rozkwitło, ptaki radośnie ćwierkały, słońce przyjemnie przygrzewało. Każdy przechodzień wydawał się radosny. Nie mogła się nacieszyć tym widokiem. Wtedy przypomniała jej się zima; było szaro, ponuro, jak zwykle. Śnieg leżał roztopiony w postaci paćki na drodze, zdając się być świadomym bezsensowności swojego istnienia. Ogołocone z liści drzew i zuchwałe świerki górujące nad nią, które od czasu do czasu strzepywały z siebie śnieżny puch. Sąsiedzi zmuszeni odśnieżać kostki i podjazdy. Szał w sklepach przed mikołajkami, podczas gdy ona szła zamyślona drogą, ledwo zatrzymując się na przejściu dla pieszych. I wreszcie samotnie spędzone święta. Mama, która wyjechała z kraju i tata, zmuszony pracować poza domem nawet w wigilię. To wszystko stało się nagle takie rzeczywiste…
Rebbeca rozejrzała się po okolicy. Był maj. Wszystko już rozkwitło, ptaki radośnie ćwierkały, słońce przyjemnie przygrzewało. Każdy przechodzień wydawał się radosny. Nie mogła się nacieszyć tym widokiem. Wtedy przypomniała jej się zima; było szaro, ponuro, jak zwykle. Śnieg leżał roztopiony w postaci paćki na drodze, zdając się być świadomym bezsensowności swojego istnienia. Ogołocone z liści drzew i zuchwałe świerki górujące nad nią, które od czasu do czasu strzepywały z siebie śnieżny puch. Sąsiedzi zmuszeni odśnieżać kostki i podjazdy. Szał w sklepach przed mikołajkami, podczas gdy ona szła zamyślona drogą, ledwo zatrzymując się na przejściu dla pieszych. I wreszcie samotnie spędzone święta. Mama, która wyjechała z kraju i tata, zmuszony pracować poza domem nawet w wigilię. To wszystko stało się nagle takie rzeczywiste…
Otrząsnęła
się nagle z tych myśli, gdy Justin położył rękę na jej ramieniu.
–Wszystko w porządku?- zapytał. Miała dziwną twarz, zupełnie niepodobną do tej sprzed kilku minut. Była zamyślona i nieobecna. Udzielając odpowiedzi na pytanie nadal błądziła myślami po ulicach miasteczka w Boże Narodzenie.
- Tak… po prostu podziwiam piękno przyrody. Przebywając tu czuję się, jakby wszystkie moje problemy były tylko złym snem.
- Zdaje się, że wiem, o czym mówisz. Dziękuję, że mnie tu zabrałaś – powiedział, starając się zdobyć na uśmiech.
–Wszystko w porządku?- zapytał. Miała dziwną twarz, zupełnie niepodobną do tej sprzed kilku minut. Była zamyślona i nieobecna. Udzielając odpowiedzi na pytanie nadal błądziła myślami po ulicach miasteczka w Boże Narodzenie.
- Tak… po prostu podziwiam piękno przyrody. Przebywając tu czuję się, jakby wszystkie moje problemy były tylko złym snem.
- Zdaje się, że wiem, o czym mówisz. Dziękuję, że mnie tu zabrałaś – powiedział, starając się zdobyć na uśmiech.
On
też rozmyślał. Przyjeżdżając tu rok temu nie miał pojęcia, jak wiele przez ten
czas zmieni się w jego życiu. Nowa szkoła, nowi znajomi… na to wszystko był
przygotowany. Ale nigdy nie sądził, że spotka taką dziewczynę jak Rebbeca. Była
idealna. Dziewczyna z jego snów. Gdy tylko zobaczył ją po raz pierwszy, od razu
się w niej zakochał. Niejednokrotnie przyłapał się na zbyt długich spojrzeniach
w jej stronę, na niekontrolowanych uśmiechach, gdy zabawnie ułożyły jej się
włosy, na konieczności przebywania w jej towarzystwie. Uzależnił się od niej
jak od narkotyków.
Choć
miała kilka drażniących wad, on nie zwracał na nie uwagi. Jeśli doszło pomiędzy
nimi do jakiegoś drobnego nieporozumienia, bo tylko takie miały miejsce,
zawsze, bez względu na to, kto miał rację, przepraszał ją, starając się zrobić
wszystko, by jej nie urazić. Traktował ją jak księżniczkę, jak bóstwo. Nie
chciał jej bezpośrednio mówić, co do niej czuje. Miał nadzieję, że w końcu się
domyśli, że powie mu błogosławione „tak”, lub przeklęte „nie”. To wyczekiwanie
go zabijało. Chciał w końcu się do niej mocno przytulić, nie musieć już dłużej
niczego kryć, lub, w najgorszym przypadku, po prostu odejść. Ale ona była
nieugięta, nie dawała nic po sobie poznać. Lub udawała. Nie wiedział. „Co
robić? Wyznać jej w końcu miłość?”, wzdychał, gdy wolnym krokiem przeszło koło
nich małżeństwo w podeszłym wieku. Siedziała zamyślona w bezruchu patrząc przed
siebie. „Muszę jakoś zagadać, może gdy udam zatroskanego, dostrzeże we mnie
kogoś więcej niż przyjaciela ?”, rozważał z nadzieją w sercu.
Teraz,
gdy urwała rozmowę ponownie tonąc w morzu rozmyślań, coś rozszarpywało go od
środka. Jakby na świecie kończył się zapas tlenu, a ona była ostatnią butlą
tlenową. Patrzenie na nią zaczęło mu sprawiać ból. Nie był w stanie go wytrzymać.
Tak bardzo jej pragnął... Mógł teraz, nie zważając na nic, powiedzieć jej
wreszcie, co dusił w sobie od momentu, gdy ją poznał. Jak wiele się nacierpiał,
wysłuchując jej feministycznych poglądów. Lecz zamiast tego, on po prostu
wstał, powiedział od niechcenia, że źle się czuje i poszedł do domu. Do końca
nie wiedział, czy go usłyszała, ponieważ w dalszym ciągu sprawiała wrażenie
zamyślonej, ale wolał taki obrót sprawy, niż gdyby musiał zwrócić na siebie jej
uwagę i wytrzymać na sobie po raz kolejny jej anielskie spojrzenie.
Rebbeca
siedziała tam cały czas. Gdy wreszcie się ocknęła, Justina już nie było. Nie
wiedziała, co się stało, miała wrażenie, że właśnie wybudziła się z jakiegoś
okropnie nudnego snu. Ponownie rozejrzała się dookoła – wszystko było takie
samo, jedynie słońce chyliło się leniwie ku zachodowi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz