poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Rozdział VI


Minął tydzień. Również w tą sobotę Rebbeca spędziła kilka godzin przed lustrem, by jak najładniej wyglądać. Wybrała czarną, zwiewną bluzkę na ramiączkach, obcisłe spodnie i jej ulubione białe trampki. Włosy upięła w wysokiego koka, a na twarz położyła wyrazisty makijaż.
Tym razem przyszedł nieco spóźniony, jednak, jakby na przeprosiny, przyniósł jej bukiet czerwonych róż. Rebbeca odstawiła je do wazonu i w wyśmienitym humorze ruszyła do klubu.
Nie trzeba było długo czekać, by Rebbeca dała się ponieść muzyce, zaczęła tańczyć niemal od razu, gdy weszli. Tom był jednak jakiś nieswój. Stał z boku, w ogóle nie chcąc tańczyć. Był zamyślony, jakby czymś zmartwiony. Próbowała coś zrobić, by się rozchmurzył, niestety to tylko pogarszało sytuację. Idę do toalety, zaraz wracam, powiedziała do niego, gdy siedzieli przy barze.
Gdy stanęła przed lustrem i zaczęła się w nim przeglądać, z jednej z kabin wyszła Camille. „A gdzie ten twój chłoptaś?”, zapytała z drwiną w głosie, prostując się przy tym i próbując przybrać pozę kogoś najważniejszego. „Darowałabyś sobie, co?”, odpowiedziała jej szorstko, jednocześnie miażdżąc ją wzrokiem. Camille popatrzyła na nią z wyższością, po czym, jakby urażona, wyszła z łazienki. Dlaczego ona musi być taka głupia, pomyślała Rebbeca udając się do wyjścia.
Szła w stronę baru, przy którym zostawiła Toma, lecz jego tam nie było. Rozejrzała się nerwowo po sali, a nie mogąc go nigdzie znaleźć poszła sprawdzić, czy jego kurtka wisi na wieszaku. Schodząc do szatni zauważyła całującą się parę. Miała wrażenie, że zaraz się połkną. W pewnym momencie przystanęła i nie mogła uwierzyć własnym oczom – to był Tom i Camille!
- Ty świnio! – wykrzyknęła, szarpiąc nim na wszystkie strony. – Jak mogłeś mi to zrobić?! Po niej bym się tego spodziewała, ale po tobie? Jesteś taki jak wszyscy. Och, zamknij się, nie chcę cię więcej słyszeć – uciszyła go, gdy próbował się bronić. – Nie pisz do mnie, nie nachodź mnie więcej. Po prostu o mnie zapomnij – rzuciła na „do widzenia”, po czym wyszła.
W drodze do domu była cała roztrzęsiona. Nie wiedziała nawet, gdzie idzie, była w stanie się skoncentrować tylko na nim i na tym, co właśnie jej zrobił. Na przemian mieszały się u niej ataki histerii i gorączkowe myśli, w których widziała jego, obściskującego się z Camille. „I to jeszcze z nią! Jak ja mogłam być taka ślepa…”, płakała.
Następnego dnia prawie w ogóle nie wychodziła z pokoju. Cały dzień spędziła pod kołdrą, z słuchawkami na uszach i pamiętnikiem pod poduszką. Wszędzie na podłodze walały się zużyte chusteczki higieniczne. Takiej ilości nie udało jej się wykorzystać nawet podczas najgorszej choroby.

                                      
                                     Drogi pamiętniku!

Dalej nie wierzę w to, co się stało. Chyba po każdym moim byłym chłopaku mogłabym się tego spodziewać, ale nie po nim. On wydawał się być ideałem, tym jedynym, miał być na zawsze tylko mój. A tym czasem zdradził mnie z pierwszą lepszą. Zawiodłam się na nim tak, jak na nikim innym. Nie chcę go już więcej oglądać. On już dla mnie nie istnieje.
A miłość? Co to w ogóle jest?! To jakiś wymysł ludzkiej wyobraźni, chorego psychicznie człowieka, który usprawiedliwia swoje zachowanie głupimi hormonami, czy, jeszcze lepiej, „motylkami w brzuchu”. Jak dzieci. Trzeba być nieźle naiwnym, żeby wierzyć w te bzdury. Ja już się więcej nie nabiorę.

                                               ***


Była zimna, listopadowa noc. Szła ulicą, zupełnie sama. W pobliżu nie było nikogo. Słyszała jedynie szum drzew, krakanie ptaków. Latarnie gasły przed nią po kolei, gdy tylko się do nich zbliżała. Nagle usłyszała ogłuszający ją huk. Zza drzewa wyskoczył mężczyzna. Miał zakrwawioną twarzą, wyzutą z jakiegokolwiek wyrazu. Stał z piłą w ręce. Była włączona. W pewnym momencie zaczął się śmiać. To był przerażający śmiech, chorego psychicznie człowieka. Przypatrzyła się bliżej jego twarzy. Zrozumiała, że to był Tom. Ale wyglądał jakoś inaczej. Tak… nieludzko.
I wtedy wydarzyło się coś, co zmroziło jej krew w żyłach. Zaczął biec w jej stronę! Z sadystycznym uśmiechem na twarzy. Uciekała. Nie wiedziała, gdzie się zatrzyma, dokąd biegnie – byle jak najdalej. Nagle, jakby znikąd, pojawił się przed nią kamień. Potknęła się o niego i upadła. On był coraz bliżej. Czuła zbliżający się koniec.

                                                           ***
Obudziła się rano cała zalana potem. Koszulka lepiła się jej do pleców, które z resztą były spięte. Na dodatek bolała ją głowa i było jej trochę niedobrze. Pomimo, że było jeszcze ciemno, zeszła po cichu do kuchni, starając się nie wydobyć żadnego dźwięku ze skrzypiącej ze starości podłogi, by nie obudzić rodziców. Wzięła tabletki z szafki nad lodówką, w którym jej mama przechowywała leki, po czym wróciła na górę i położyła się spać.

                                               ***

Tym razem była nad rzeką w ciepły letni dzień. Siedziała na kamieniu i słuchała szumu rzeki. Dzieci za nią bawiły się nad wodą, bez przerwy krzycząc i chlapiąc się nawzajem. Kilka razy oberwało się również Rebbecy. Ona jednak była tak zamyślona, że nawet nie zwróciła na to uwagi.
Nagle niebo pociemniało. Zaczął padać deszcz, a ona nie miała gdzie się schronić. Zarzuciła więc na głowę swoją katanę, którą wzięła na wypadek, gdyby było jej zimno i zaczęła iść w stronę domu. Padało jednak coraz intensywniej, aż w pewnym momencie usłyszała grzmienie. Chwilę po tym olbrzymia błyskawica przecięła niebo. Rzuciła się pędem do domu. Biegła ulicą, lecz żadne z aut nie chciało się zatrzymać.
Gdy była już blisko swojego domu największa z błyskawic, jaka do tej pory się pojawiła, trafiła prosto w Rebbecę. Potem usłyszała tylko mściwy śmiech i jakiś głos powiedział „twój koniec jest blisko”. Odpłynęła.

1 komentarz:

  1. Cudownie piszesz *_* jejku zdania z tego opowiadania nadawałyby się na jakieś fajne cytaty, czekam nas nast. post (:
    huug-me.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń